Stowarzyszenie „Nasz Bocian”:

Dorota Gawlikowska współpracuje ze Stowarzyszeniem Nasz Bocian od wielu lat. Uczestniczyła w spotkaniach psychologów organizowanych przez Stowarzyszenie, które zaowocowały powstaniem Polskiego Stowarzyszenia Psychologów Niepłodności (PSPN). Była współzałożycielką i pierwszą przedstawicielką PSPN. W tym czasie współpracowała także z Linią pomocy Pacjent dla Pacjenta naszego Stowarzyszenia, organizując spotkania dla pacjentów z udziałem wolontariuszy oraz prowadząc  wraz z wolontariuszami Linii spotkania grup wsparcia dla osób niepłodnych. Od marca 2017 jako ekspert odpowiada na pytania pacjentów na forum internetowym Stowarzyszenia Nasz Bocian, jako ekspert uczestniczyła także w organizowanych przez nas webinariach. Pani Dorota cieszy się zaufaniem i dobrą opinią pacjentów, a nasza współpraca jest satysfakcjonująca i korzystna dla osób niepłodnych, których dobro jest naszym wspólnym celem.

Zarząd Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”.

 

 

Refleksje pacjentek po uczestnictwie w grupie wsparcia:

Dziękuję za możliwość uczestniczenia w spotkaniach grupy wsparcia. Dzięki nim czuję się silniejsza. Świadomość, że nie jestem sama ze swoim problemem dała mi duże poczucie ulgi. Dotąd leczenie niepłodności było trudnym doświadczeniem, pełnym łez i bólu, które rozgrywało się wyłącznie w czterech ścianach i w wielu gabinetach lekarskich. Grupa dała mi poczucie wspólnoty, gdzie doskonale zostały zrozumiane moje emocje, odczucia i obawy związane z leczeniem niepłodności. Przestajemy z mężem żyć w zawieszeniu i odkładać nasze plany na później, na wtedy, gdy pojawi się upragnione dziecko. Powoli uczymy się mówić o swoim problemie otwarcie, odpierać ,,dobre rady” znajomych i rodziny, a przede wszystkim, mimo trudu leczenia, zadbać o siebie i swoje potrzeby.

M.

 

 

Mieliśmy z mężem szczęście wraz z paroma innymi parami uczestniczyć w grupie wsparcia dla osób zmagających się z niepłodnością, prowadzonej przez Panią Dorotę. Była to pierwsza edycja grupy o tej tematyce. Rozmowy z innymi parami, które przechodzą przez to samo i doświadczają podobnych emocji, dawały nam oparcie, poczucie bezpieczeństwa i zrozumienie. Czułam się tak, jakbym zrzuciła jakiś ciężar. Uczestnictwo w grupie miało także pozytywny wpływ ma moje relacje z mężem, bardziej zrozumieliśmy siebie nawzajem oraz nasze odmienne reakcje na tą trudną sytuację. Było to dla mnie bardzo budujące i uwalniające doświadczenie.

M.

 

 

 

List od pacjentki, która uczestniczyła w terapii oraz warsztatach psychologicznych:

Jestem osobą, która od 3 lat zmagała się z niepłodnością. W trakcie leczenia potrzebowaliśmy z mężem wsparcia psychologicznego i tak trafiliśmy do Pani na warsztaty .

Gdy zaczęła się cała „przygoda” z niepłodnością mieliśmy oboje 30 lat i nie zakładaliśmy, podobnie jak inni chorzy, że może coś się nie udać. Zachodzić w ciążę miało być lekko , łatwo i przyjemnie.  Niestety dość szybko okazało się, że sytuacja jest poważna i to po obu stronach. Najpierw okazało się, że mąż ma bardzo niską jakość nasienia uniemożliwiającą absolutnie zapłodnienie naturalne. Z wizyt u standardowego ginekologa przenieśliśmy się więc do kliniki i trafiliśmy pod opiekę androloga. Ja także zaczęłam się badać w klinice , tak na wszelki wypadek i za kilka miesięcy  po odebraniu wyniku badania AMH okazało się, że… sytuacja jest dość dramatyczna. AMH równe 0,2,  co oznaczało dla mnie małą ilość  komórek jajowych i to słabej jakości. Szanse na powodzenie  procedury spadły dla nas do 5 %.   Z dwójki młodych ludzi w kwiecie wieku  zamieniliśmy się na przestrzeni miesięcy w parę, która prawdopodobnie  nigdy nie będzie mieć własnych biologicznych dzieci.  Te 5%  towarzyszyło mi każdego dnia, każdego poranka i nocy przez kolejny rok. Wpadliśmy w ferwor leczenia . Lekarz prowadzący wybrał najlepiej rokującą dla nas metodę  zapłodnienia na cyklu naturalnym, co oznaczało, że co miesiąc przychodziłam na monitoringi jajników licząc na to, że tym razem pęcherzyk z oocytem urośnie do takich rozmiarów, by można było pobrać komórkę. Oczywiście nie szło to łatwo. Czasem była torbiel i trzeba było ją wyleczyć lekami, co przedłużało oczekiwanie o kolejny miesiąc,  czasem pęcherzyk nie urósł zgodnie z oczekiwaniami, czasem termin przypadał na niedzielę , kiedy klinika jest zamknięta i pęcherzyka w poniedziałek już nie było. A każdy miesiąc to były ogromne nadzieje, ogromne oczekiwanie i napięcie, ogromna praca nad nastrojem, żeby być w dobrej kondycji do zachodzenia w tą ciążę i narastające zmęczenie.  Comiesięczne pędzenie do kliniki po kilka razy na jakieś dziwne godziny w środku dnia, tłumaczenie się w pracy. Sama Pani wie, sama Pani  nam o tym wszystkim mówiła, wszyscy chorzy tkwimy  w tym  tak samo …

Wiem, że przyjmowanie stymulacji hormonalnej musi być bardzo trudne, to kłucie po kilka razy dziennie.. Jednak sądzę też, że kłucie, a świadomość, że będę dzięki temu miała 8 oocytów, czyli 8 szans na zapłodnienie , a z tego choć kilka zarodków, a nie mieć nic pewnego , ani jednej komórki, nie móc ciągle wyjść z szatni na boisko , jest nieporównywalne. Wolałabym osobiście tysiąc razy ból fizyczny, pokłute ciało, niż ten ból psychiczny, tą mgłę w której żyłam tyle miesięcy, kiedy nic innego się nie liczyło, tylko zajście w ciążę. Kwintesencją tego wszystkiego była punkcja, podczas której nie znaleziono żadnego oocytu w pęcherzyku. To znaczy, że dałam się położyć na stole, znieczulić, pokłuć , zapłacić za ten zabieg kupę pieniędzy, przygotowywać się psychicznie do zabiegu kilka dni, żeby później leżąc pod zielonym kocem usłyszeć, że „embriolog szukała , ale oocytu nie było”. To było chyba najtrudniejsze doświadczenie z  leczenia. To znaczyło , że nie ma nic pewnego, tylko otchłań , czarna dziura niepewności.

W trakcie rocznego leczenia udało się nam raz uzyskać oocyt, który udało się zapłodnić, ale nie zaszłam w ciążę. Później  już było to pasmo samych porażek. W końcu lekarz powiedział, że proponuje jeszcze jedną próbę, a potem inne rozwiązania. Tym innym rozwiązaniem miała była adopcja prenatalna komórki jajowej.  Niby prosta sprawa. Szczególnie dla kogoś takiego jak ja – ateistki, osoby o liberalnych poglądach z wielkiego miasta, mającej w nosie więzy krwi. Mąż szybko zaakceptował takie rozwiązanie. Ja mówiłam, że też jestem na nie otwarta, byleby tylko mieć rodzinę, byleby być w ciąży. Jednak z biegiem dni myśl ta trochę cisnęła , uwierała jak za mały but.  To jednak adopcja cudzej komórki, wielka odpowiedzialność. To adopcja cudzego dziecka w 50 %. Już nikt nie będzie miał moich oczu, albo włosów. Nikt na świecie. Człowiek ma jednak tę dziwną egoistyczną potrzebę przekazywania genów…nawet taki liberał jak ja! Pomyślałam więc, że muszę w jakiś sposób się z tym ułożyć, pożegnać się z własną płodnością, oddzielić etap leczenia od etapu adopcji. I tu właśnie się spotkałyśmy, bo czułam, że potrzebuję Pani pomocy. Spotkałyśmy się tylko raz na wizycie prywatnej. Nazwałyśmy wszystko, co się stało. Pomogła mi Pani ułożyć sobie w głowie to, że teraz przyszedł czas na adopcję prenatalną, jak to traktować, jak pożegnać się z własną płodnością. Wszystko ułożyłyśmy. To była tylko godzina rozmowy, ale poczułam ulgę, poczułam się wolna i gotowa na to nowe nietypowe rozwiązanie posiadania dziecka. Myślałam nawet o tym, by do Pani wrócić, jeśli pojawią się nowe pytania, jak wszystko się zacznie… Przez najbliższe tygodnie zatrzymałam ten kołowrotek, w którym biegliśmy jak dwa chomiki żyjąc tylko od badania do badania. Po prostu z niego wyszłam, bo teraz będę mamą społeczną. Nie może zdarzyć się już nic gorszego, niż to, co się zdarzyło.  Już nie muszę walczyć z uciekającym czasem, z widmem zbliżającej się menopauzy.  Gdy zjawi się komórka dawczyni, wezmę ją do siebie i pokocham jak swoją.

I wtedy zdarzyło się coś nieprawdopodobnego. Miałam przed sobą jeszcze tą jedną obiecaną wizytę , tę jedną próbę, o której wspomniał lekarz. Na stole u lekarza leżały w połowie podpisane papiery do adopcji komórki. Brakowało tylko podpisu męża i miało zacząć się oczekiwanie na dawczynię. W międzyczasie lekarz mnie zbadał i stwierdził pęcherzyk. No dobrze, mówi,  żeby przyjść za dwa dni. No dobrze , to przyjdę. Za dwa dni pęcherzyk okazał się pęcherzykiem idealnym, lekarz wyznaczył punkcję  na sobotę. Mąż nie wierzy, jak to punkcja? Tak po prostu ? W sobotę na zabiegu było jak w filmie. Wszyscy mieli doskonałe humory, mój ulubiony anestezjolog opowiadał żarty, a doktor opowiadał wszystkim na sali zabiegowej, jak to porównaliśmy naszą sytuację do niemożności wyjścia z szatni na boisko. Panie instrumentariuszki powiedziały , że teraz na pewno się uda, że przyjdę jeszcze po następne dziecko… a ja się popłakałam z tego wszystkiego siedząc na stole w koszuli i mówiąc przez łzy: Dobrze, przyjdę.  Udało się pobrać oocyt i połączyć go z dzielnym plemnikiem mojego kochanego męża. Za trzy dni zadzwonili, że jest zarodek. Wzięłam zarodek do siebie, bo gdzie mu będzie lepiej, prawda? Nie chciałam robić sobie nadziei, fizycznie nie czułam się inaczej, zakładałam , że się raczej nie udało.  Po 12 dniach pojechałam po wynik bety, a tam…300 ! Chyba jesteśmy w ciąży, dzwonię do męża. Dla pewności w domu zrobiłam test z moczu, żeby było choć trochę normalnie, trochę po ludzku. Dwie kreski! Jesteśmy w ciąży ! Niemożliwe! Bardzo długo nie wierzyliśmy, że to się stało.  W międzyczasie zachorowałam na grypę, bardzo bałam się straty ciąży. Nie ma to jak mieć jedną szansę w życiu na dziecko i zachorować na grypę! Ale dziecko  trzymało się mnie twardo. Kolejne badania wychodziły prawidłowo.  Serce biło, miało rączki i nóżki, fikało koziołki! Badania genetyczne prawidłowe. W końcu żeby powstać na szkiełku trzeba być bardzo silną osobą! A dziś… jest 32 tydzień ciąży, a te 5 % szans na ciążę to dziewczynka. Ma przyjść na świat za kilka tygodni, więc rozmawiam z nią, żeby wcześniej się nigdzie nie wybierała, siedziała w brzuchu u mamy do tego terminu, bo jeszcze musi troszkę urosnąć i nabrać ciałka . Gdy do Pani piszę cały brzuch mi faluje i Córeczka kopie mnie a to w żebra, a to w pęcherz. Słodki ciężar!

Chciałabym Pani bardzo podziękować za wsparcie, jakie dały nam warsztaty z Panią. Czuję , że dzięki nim byliśmy silniejsi, że to dało nam mądrość przetrwania w tej ekstremalnej sytuacji. Dzięki temu doświadczeniu, ale też dzięki pracy z Panią byliśmy lepszym wsparciem dla siebie, staliśmy się lepszym zespołem, niż byliśmy wcześniej.. Przed chorobą

Dziękuję też za tę jedną jedyną rozmowę w cztery oczy, jaką odbyłyśmy. Pozwoliła mi ona ułożyć wszystko w głowie, zdać sobie sprawę z gotowości bycia mamą społeczną. Nikt nie wie i nigdy się nie dowie, co takiego stało się, że nagle wszystko ruszyło z kopyta, że tak się ułożyło, że się udało z własnymi gametami…  Ja jako racjonalistka wierząca jedynie w medycynę bardzo się zdziwiłam tym wszystkim, ale wygląda na to, że musiałam oczyścić psychikę, by to wszystko się zadziało. Musiałam zatrzymać bieg w kołowrotku. Czyli jednak głowa jest bardzo ważna w całym procesie leczenia, a ta nasza historia jest po prostu tego dowodem !

Życzę Pani wszystkiego dobrego i oczywiście satysfakcji z pracy, bo jest ona niebywale potrzebna i wartościowa. Jestem pewna, że pomoże Pani jeszcze wielu osobom cierpiącym na niepłodność.

D.